Portal "Domowy"
|
 |
|
 |
W drodze.
Pośród wschodów, zachodów.
Nie, nie upadam.
Szlifując wciąż kamień
błyszczącego świadectwa,
czekam.
Choć bolesne jest trwanie.
Czekam,
gdyż raz uzewnętrznione
nie podda się więcej
transformacji.
|
|
|
Tysiąc czterysta pomostów
między duszą a ciałem
w splocie istnienia.
Określają istotę,
znacząc ślad pamięci życia.
Mgnienie - wirujący potencjał
w wirze wieczności.
Czas nie odgrywa tu żadnej roli.
 | |
|
|
 |
Pamiętam, zawsze stawałem na palcach
gdy traciłem wiarę w siebie.
Słyszałem kiedyś:
ponad promieniami słońca zobaczysz
kim byłeś, jesteś i będziesz.
Teraz będąc starszym,
drapię się na najwyższe szczyty
a słońce ciągle ponad.
...Niezłomny kanon sposobu myślenia
goniłby mnie po całym świecie.
Ale już wiem - słońce świeci
trzy cuny poniżej pępka.
|
|
|
Między wschodem a zachodem,
między początkiem a końcem
ramiona rozpostarte
obejmują bezkres.
Ona między nimi -
wypełnia każdą chwilę.
Co bym bez niej zrobił,
ja - miara bez skali.
Ona skalą bezmiaru.
Ona tu i teraz,
każdą chwilę liczy.
Beze mnie jej nie ma.
Bez niej, ja w niebycie -
pozostaję niczym.
|  |
|
|
 |
Świadomość zawsze dwa kroki przede mną.
Przekraczam właśnie kolejny próg,
zdawałoby się nieprzekraczalny.
Ale gdzie jest próg?
Nerwowo szukam.
Noga w górę,
opada na tym samym poziomie.
Świadomość z tyłu,
obserwuje jak stoję.
Ja - niepewny.
A przecież już z drugiej strony.
Strony czegoś,
czego nie było.
|
|
|
Kaktofil oczekując kwitnienia
swojego ulubionego ferocactusa,
trudzi się trzydzieści lat,
dojrzewając wraz z nim.
Aptekarskie dawki wody
dolewane z pietyzmem,
iskanie cierni z paprochów.
Żarliwa wiara w piękno tego co ujrzy,
czynią go niczym mnicha,
który szlifując posadzki klasztoru stopami,
zmierza ku przebudzeniu.
Satori przychodzi nagle.
Kwitnienie trwa kilka dni - to wszystko.
On jednak wciąż będzie spełniał swe obowiązki.
Nie czeka już na nic,
choć rokroczne kwitnienie sprawia,
że roni skrycie łzę dziękczynną, szeptając:
świat przepełniony jest bogactwem kwiatów.
|  |
|
|
 | |
W pozostałych na gałęziach
modrzewiowych igłach,
upatruję nadziei na pogodną,
ciepłą jesień.
Oczekiwanie -
wiara w pomyślne rozwiązanie.
Od lat samotny, powtarzam:
ten rok nie może przeminąć ot tak,
bez cienia miłości.
|
|
|
Patrząc w dal, w przyszłość
wraca wspomnienie przeszłości.
Krąg zatacza zbłąkana głowa.
Stoję twardo na ziemi,
głowa jednak w prawo, w lewo.
Świat tak prosty, gmatwa się w rozważaniu.
Słuchając podszeptów aniołów
wyrywam się z kręgu istnienia.
Patrzę z boku w twarz dzisiejszego.
Śmiesznie patrzy ten,
co chce mieć dziś jutrzejsze pod stopami.
|  |
|
|
 | |
Droga przede mną.
Powiedziałem kiedyś:
iść nią niebezpiecznie jest.
Oto idę.
Krok każdy jak mój -
choć czy to ja kroczę.
Już teraz wiem, nie zawrócę.
Walę pięścią w pierś,
jakoś tak nie boli.
Oczy, spod trzeciego kręgu szyi,
przenikają, patrzą.
Och jak wolno -
ręka ciągle w ruchu.
|
|
|
Witają mnie szczekające psy
wtórujące swej naturze.
Słyszę w dali - ktoś klaszcze,
dłoń w dłoń uderza.
Nieszczęśliwi w łodzi
utknęli na płyciźnie.
Ho, ho - stary Harada
sprzedał wszystką wodę.
Doszedł jednak swych zasług.
|  |
|
|
 | |
Mistrzu - trwam na liściu lotosu.
Blask promienieje.
W zmarszczonej tafli wody błyszcząc,
oślepia moje oczy.
Mistrzu - lato upalne,
jeziora chłodem gaszone.
Mistrzu - jesień melancholijna,
kwiecie historią się staje.
Mistrzu - tfu, tfu.
Mój liść zbrunatniały - cuchnie.
|
|
|
Patrzę w okno.
Och.... okno, okno.
Wszystko pokazujesz,
a nic mi nie dajesz.
|  |
|
|
 | |
Nie do zniesienia
jest zgiełk ptaków na śmietnisku.
Wielkomiejskie witryny sklepów
zdradzają tajemnicę.
Słońce zachodzi wszędzie.
|
|
|
Słowo - jak wiatr,
porusza tylko liśćmi drzew.
Prawda uderza z siłą huraganu,
wyrywając je z korzeniami.
Nic już nie jest takie jak przedtem.
|  |
|
|
|